Lwowskie powietrze

Wsiadam do lwowskiego trolejbusa. Mnóstwo ludzi. Każdy wsiadający chce kupić bilet. Ludzie podają odliczone pieniądze osobom, które stoją bliżej. I tak z ręki, do ręki, aż do kierowcy. A potem w drugą stronę. Bilet przekazują właścicielowi odliczonych hrywien. Robią to naturalnie. Bez zbędnych pretensji. Zamykam oczy, jestem znów w Polsce. Jadę w załadowanym autobusie, na glonojada. Ktoś chce kupić bilet. Biletomat nie współpracuje. Naturalnie przepycha się aż do kierowcy. Najczęściej z pretensjami, że automat nie działa. Wszyscy się wściekają. Otwieram oczy, jestem znów we Lwowie. Bliźniaczym mieście Krakowa. To pierwszy moment tutaj, kiedy myślę, że Ukraińcy to naprawdę mili ludzie.

Wysiadam na lwowskim rynku. Kolorowe kamieniczki. Najpierw mniejsza żółta, tuż obok niej blado-różowa, większa, a potem znów mniejsza, szara. Żółty tramwaj sunie wzdłuż rynku. Zamykam oczy, w głowie odtwarzam obraz krakowskich torów na rynku. Kiedyś po nich sunął tramwaj. Teraz zostały ślady.

Jedna z uliczek przypomina mi skrzyżowanie na Basztowej. Zamykam oczy i słyszę gwar krakowski. Próbujesz przejść. Z każdej strony ocierasz się o inne osoby. Wszyscy gdzieś biegną. Ktoś ci chamsko odburknie, albo sam wściekły powiesz “uważaj”. Tutaj w Lwowie na tej uliczce, która zwie się Drukarską spokój. Mroźny dzień. Ludzi mało. Każdy zmierza w swoim kierunku. Spokojnie.

W dawnych lwowskich kamienicach, na wewnętrznych podwórkach sąsiedzi widują się częściej. Moja mama zapytałaby “Jaki urok ma ta bieda? Pranie wieszane na sznurkach łączących dwie strony podwórka w środku wielkiego miasta? Bo nie masz swojego”. No właśnie ma. Zamykam oczy i wracam do Krakowa. Polskie osiedla. Nowoczesne bloki. Nowoczesne podwórka. Odizolowane. Każdy ma swoją część. Swój kawałek podłogi. Nie masz pojęcia kto wokół Ciebie mieszka. Chyba, że masz psa, który bardziej niż Ty, jako człowiek, przykuwa ich uwagę. I nagle zaczynają Cię zauważać. Smutne.

Idziemy na kawę, ponoć najlepszą we Lwowie. Kopalnia kawy, wchodzimy. Zapach świeżo zmielonej kawy unosi się w powietrzu. Przechodzimy aż do kawiarnii z pyszną lwowską kawą. Najlepsza jest ta z rumem. Wita nas z uśmiechem na twarzy kelner. Chętnie pomaga, tłumaczy ukraińskie menu. Słucham go i odnoszę wrażenie, że to najmilszy człowiek jakiego ostatnio spotkałam. Zamykam oczy i wracam do Krakowa. Takiego klimatu nie znajduję nigdzie tutaj. Miejsca, w którym czuję się swobodnie bez korzystania z internetu, telefonu. Miejsca z takim niesamowitym klimatem, że nawet nie mam ochoty wyciągać tego telefonu.
Chcę po prostu wypić kawę. Zjeść ciastko. Być. Cieszyć się chwilą.  

Zamykam oczy i widzę Lwów za kilkanaście lat. Przyjeżdżam tam znów, a ludzie nie są już tak mili. Biegną. Stresują się. Izolują. W autobusach jeżdżą zamyśleni. W słuchawkach. Podążają za nowymi technologiami. Nie ma już tych urokliwych kasowników w autobusach, do których wkładasz bilet i przyciskasz go metalową blaszką, aby zrobić na nim dziurkę, skasować go. Podążają za trendami, oczywiście zachodnimi. Takimi dobrymi.