Hałas, którym oddycham

Poranny koncert właśnie rozbrzmiał. Też wkraczam na scenę. Dźwięk podnoszenia się ciężkiej rolety próbuje przedrzeć się przez chór podobnych odgłosów. Kąciki ust unoszą się. Promienie słońca miarowo uderzają o kolejne fragmenty pokoju.

W D E C H

Drewniane, leciwe drzwi zaskrzypiały. Zbiegam w dół starej już kamienicy. Schodek po schodku. Bębnię i bębnię, ale oni już mnie nie słuchają. Są zajęci. Oni? 

Wychodzą. Naprzeciwko siebie. Po dwóch stronach ciasnego zaułka, przy akompaniamencie trzepoczącego na wietrze, śnieżnobiałego prania. Jak co rano pozdrawiają się gromkim ciao. Palą, kontemplują, wchłaniają. Co? Tętniącą życiem neapolitańską uliczkę. 

Straganiarzy, którzy walą ciężkimi skrzyniami wyładowanymi świeżymi owocami i warzywami, przygotowując swoje stanowiska.
Ludzi spieszących się do pracy, którzy spóźnieni zręcznie śmigają pomiędzy tłumem na swoich ukochanych vespach. Wciskają klakson. Przyspieszają.
Kelnerów, którzy podśpiewują rozbrzmiewające w tle piosenki, rozstawiając i czyszcząc stoliki. 
Pierwszych gości, którzy ochoczo witają zbierających się powoli przyjaciół i rozpoczynają dyskusje przy porannym espresso
Awanturników, którzy ciskają soczyste che cazzo i czmychają dalej podnosić ciśnienie. Ktoś musi. 

I jestem. Jest i ona. Caffetteria. Moja. Ulubiona. Siadam. A tu kolejny koncert trwa w najlepsze. Kelnerzy wykrzykują serdeczne pozdrowienia do otaczających bar, roześmianych przyjaciół. Wesołe opowieści i żywe dyskusje rozchodzą się dookoła. Mini filiżanki co chwila stukają o ladę.

Zgiełk. Wrzawa. Gwar.

I ja.

W Y D E C H

Oddycham.