Kraj kwitnącej mandarynki i świeżej uryny

„Grecja?! Brudno i śmierdzi!” – mówili. W mojej wyobraźni: zapierające dech w piersiach zabytki, białe domki z niebieskimi drzwiami i ciasne, bardzo klimatyczne uliczki. Nikt się nie mylił.

Środa. Kwietniowy wieczór. Około 21:00. Zmierzamy w stronę hostelu. Nie spieszy się nam. Wdychamy uliczne, greckie życie. Chłoniemy wyraźny zapach kwitnących mandarynek. Mijamy grupkę młodych, roześmianych ludzi. Za nimi witryna cukierni. Przysmaki o najróżniejszych kolorach i kształtach. Mimo późnej pory, w powietrzu unoszą się kuszące zapachy. Przystaję na moment i biorę głęboki wdech. Ruszamy naprzód. Zaledwie 500 metrów dalej, za rogiem, zauważamy kolejne młode osoby. Tym razem grupka jest mniejsza. Dwie skąpo ubrane panie przechadzają się po chodniku, machając małymi, czerwonymi torebeczkami. W tle miga czerwony szyld. Tylko tym razem, to już inna witryna. Obok wejścia do sex shopu zauważam dużą plamę. Dociera do mnie zapach świeżej uryny. Ile jeszcze? Tylko 4 minuty, uff.

Idziemy dalej. Krążymy po uliczkach, tworzących dzielnicę Omonia. Otaczają nas: zapachy ciekawości i przerażenia, pożądania i obrzydzenia, oczarowania i niechęci.

Greek crisis: no job, no money, no problem!

Czwartek. Dochodzi 14:30. Niektórzy Grecy skończyli pracę, niektórzy wyszli na przerwę obiadową. Próbujemy dostać się na górę, do Anafiotiki – części miasta zwanej „wyspą”. Nie jest to łatwe. Po obu stronach schodów siedzą roześmiani od ucha do ucha miejscowi. Kelnerki i kelnerzy zwinnie przeskakują ze schodka na schodek, obsługując ciągle przybywające grupy klientów. Mimo nieustannego obłożenia, z ich twarzy nie znika szeroki banan. Prawie potykam się o kieliszek nieznanego trunku, tarasujący wąskie przejście. W końcu zostawiamy tłum w tyle. Docieramy na wyspę. Oto i one: pocztówkowe domki, o biało-niebieskich barwach. Z ich wnętrz dochodzi stukanie talerzy. Rodziny właśnie zasiadają do obiadu. A podwórka? Na jednym z nich walają się dawno zapomniane, stare narzędzia ogrodowe. Na innym sterta brudnych, połamanych płytek sięga aż do okna. Kawałek dalej dwa koty wylegują się na stosie zgniłych liści, przykrytych spróchniałymi deskami. Ktoś właśnie opowiedział dobry żart. Słychać donośne śmiechy. Schodzimy z góry. Anafiotikę mamy za sobą, a przed sobą, na ścianie: niewielki mural z pozytywną, bajkową pszczółką i napisem:

Be happy.
Po prostu.

Make cheese, not war

Piątek. Wskazówki zegara dopiero co minęły dziesiątą. Przemierzamy drogę z Omonii do Monastiraki Square. Przed sobą zauważam spore skupisko ludzi.

Dookoła rozlegają się: typowa, grecka muzyka, pogwizdywanie i pozdrowienia, które przesyłają sobie znajomi. Ale czym byłoby to wszystko bez woni świeżych ryb i owoców morza? Po mojej prawej stronie: Varvakios Central Market. ‘Wow!’ – pomyślałam w pierwszej chwili. ‘Kocham takie targi. Muszę tam zajrzeć!’

Wchodzę do środka pewnym krokiem i nagle: STOP. Zatrzymuję się. Przede mną rozciągają się dwa rzędy straganów. Spoglądam w dół. Szara, brudna, betonowa podłoga. Naprzeciwko mnie starszy pan przydeptuje peta. Obok niego biała skrzynka, lekko zabrudzona krwią. Nie, nie mogę. Nie pójdę dalej. Smród świeżych ryb, papierosów i krwi przeciska się przez moje nozdrza. Stoję w bramie wejściowej i przyglądam się sprzedawcom. Stoiska najbliżej mnie pilnuje spocony pan, co chwila zaciągając się papierosem. Podchodzi klient. Sprzedawca rzuca papierosa, wyciera rękę o brudny, niegdyś biały fartuch i podają sobie uścisk dłoni. Chwilę rozmawiają, śmieją się, a potem sprzedawca zawija krewetki w papierowy rożek, wkłada do reklamówki i przekazuje ją koledze. Poklepują się po plecach i sprzedawca zostaje sam. Ale nie na długo.

Po chwili podchodzą do niego dwie starsze panie. Wygląda na to, że się znają. Chwilę rozmawiają, a potem – chyba grzecznościowo – biorą małą porcję kalmarów i machają do straganiarza, żegnając go uśmiechami. Wszyscy wydają się tu tacy życzliwi, weseli i luźni. Z dystansem. Z dużą dozą dystansu. Opuszczamy targ. Przechodzimy obok stoiska z gazetami. Chowam się za filarem budynku stojącego naprzeciwko, aby ich obserwować. Są tacy uroczy i szczerzy. Trzech staruszków. Ich rozmowa jest bardzo emocjonalna. Gestykulują, śmieją się. Na pożegnanie klepią się po plecach. Rozchodzą się. Każdy idzie w swoją stronę. Machają do siebie.

Miło na to patrzeć.
Miło wdychać tę cudowną szczerość, życzliwość.

Relax, take it easy

Piątek. Dochodzi 14:00. Dzisiejszy cel: Akropol. Idziemy pod górę. Przed nami pokaźna gromada; dokazujących dzieci, zakochanych par i outsiderów z plecakiem, który już przeżył wiele przygód. W pewnym momencie tłum zaczyna być nie do zniesienia. Idą przed siebie jak zombie. Nawet nie rozglądają się dookoła. Ponad ich głowami wystają różnokolorowe selfie sticki. Pani, siedząca na krzesełku w niebieskim uniformie, już kolejny raz zwraca komuś uwagę: „proszę nie dotykać marmuru!’. W końcu dotarliśmy. Wow! Pamiętam jak w podstawówce, pani od historii z zamiłowaniem referowała dzieje kultury starożytnej. Teraz, zaledwie 20 metrów przed sobą mam jedno z najwspanialszych dzieł antycznej Grecji. Po ciele przechodzą mi ciarki. Powoli przechadzam się, podziwiam, kontempluję. Mam gdzieś ten głośny tłum. Teraz w ogóle go nie słyszę. Siadamy na kawałku kamienia. Opieram głowę o jego ramię i zasypiam. Budzę się za moment i czuję się taka… przesiąknięta. Czym? Greckim szczęściem?

Jako ciekawostka: wiecie, że w języku ę dwa różne słowa opisujące „szczęście”? Pierwszym z nich jest „hedonizm”, czyli typowe odczuwanie szczęścia, rozkoszy. Drugie natomiast, to „eudajmonia”. Oznacza to posiadanie pozytywnego punktu odniesienia, który jest niczym innym jak radością i satysfakcją ze zwykłego życia.

A bród?

Owszem, czasami przeszkadzał, obrzydzał, ale… zawsze w takich momentach przypominałam sobie komentarz mojej mamy, kiedy w dzieciństwie nie chciałam wyjść na dwór, bo lekko padał deszcz. „A Ty co? Z cukru nie jesteś!” Trochę brudu nikomu nie zaszkodzi. Zwłaszcza, jeśli pod nim kryje się tak ciekawe życie. Prawdziwe życie.

To była prawdziwa Grecja. Brudna, śmierdząca, ale do bólu fascynująca.