Co ludzie powiedzą?

Co mi Pan poleci, jak Pan tak na mnie patrzy? – Może parówkę? Albo kiełbasę z cebulką? – odpowiada sprzedawca.

Wchodzę na wydziałową stołówkę. Pora śniadania. Przede mną tylko jedna osoba – wykładowca. Pracownik bistro pytająco unosi głowę.

– No to co my tam dzisiaj mamy? – odzywa się pierwszy klient. – Co mi Pan poleci, jak Pan tak na mnie patrzy?

Młody chłopak po drugiej stronie lady omiata wzrokiem wyłożone przed nami dania. Na chwilę przenosi wzrok na klienta. I znowu zerka na potrawy.

– Może parówkę? Albo kiełbasę z cebulką? – proponuje.

Stoję obok i przyglądam się. Parówka wygląda zdecydowanie zgrabniej. Błyszcząca, smukła, różowiutka. Z kolei koleżanka kiełbaska, to taka fest baba jest (jakby to tatko mój określił). Ma trochę ciałka, ale za to widać, że silna, pewna siebie i nie da sobie w kaszę dmuchać. Ale dlaczego nie zaproponował racuszków z jabłkami? Wyglądają przecież apetycznie. Zbyt puszyste? Chociaż z drugiej strony – trochę za mało rumiane, takie niewyraźne. Może nie wypada, tak Panu profesorowi. No bo kiełbaska to jeszcze rozumiem, ale racuszki? Nie godzi się.

Lubię przysłuchiwać się takim rozmowom. Wszędzie. W kolejce, w sklepie, przy okienku w aptece, w pociągu. Słucham, wyłapuję, analizuję. Mój tatko to mi czasem mówi: Ty to za dużo myślisz. Ja to moje ‘zadużomyślenie’ , to nawet lubię. Na przykład teraz tak sobie myślę, jakby to było ciekawiej, gdyby Pani w mięsnym zamiast „poproszę 20 deko krakowskiej”, usłyszała „co mi tam Pani dzisiaj poleci, kochanieńka, jak Pani tak na mnie patrzy?”. I teraz Pani kasjerka ma zagwozdkę. No bo kabanoski na promocji, trzeba się pozbyć, ale gdzie tam dla tej Pani kabanoski. Wraca kobita zmęczona po całym dniu pracy, a tam pewnie mąż głodny czeka. A gdzie tam ona bidna kabanoskami go wykarmi. – „Śląskiej Pani zapakuje. Kilogram wystarczy?”. Albo przykładowo, gdyby pan konduktor miał się zmierzyć z podobnym pytaniem? Do wagonu wbiega młoda, elegancka, ale bardzo roztrzepana kobieta. Ledwo zdążyła. 30 sekund do odjazdu.  

– Bilecik poproszę do kontroli – odzywa się Pan konduktor.
– Chciałabym kupić.
– A dokąd Pani jedzie?
– A dokąd by Pan mi sprzedał, jak Pan tak na mnie patrzy?

I teraz Pan konduktor musi przemyśleć. Może do Warszawy? Tak, Warszawa do tej Pani pasuje. Taka elegancka, szykowna, karierowiczka. Ale zaraz, zaraz, chwileczkę. Właściwie to dlaczego nie…

– Sopot! Może by Pani sobie odpoczęła w końcu, zapomniała na chwilę o pracy, świeżym powietrzem pooddychała. Przyda się Pani. Pani taka zmęczona, rozkojarzona.

Weźmy jeszcze  tę aptekę. Stoi sobie młody chłopak przy okienku.

– Witaminy poproszę.
– Ale jakie?
– A jakie mi Pani poleci, jak Pani tak na mnie patrzy?

Człowiek młody, dobrze zbudowany, kondycja pewnie świetna. Powinien tryskać energią, ale coś tu nie pasuje do układanki. Oczy jakieś takie rozbiegane, Pan czekając na odpowiedź uderza palcami o blat i rozgląda się dookoła.

– Stres. Za dużo stresu. Przyda się witamina C. Dam to większe opakowanie.

W przerwie między zajęciami zaglądam do piekarni. Czekam na swoją kolej. Zapytać? A co mi tam? Zapytam! Jednak odpuszczam. Głupio tak, bo co ludzie powiedzą.