Biegam, póki mi wypada

Spotykają się podczas świątecznych zakupów na lokalnym targowisku. Wyhacza ją gdzieś w tłumie. – Baśka, co Ty, nie poznajesz? – Matko Bosko, ile to już lat! Co słychać? – Aaa wiesz, powoli do przodu. A u Ciebie? – No leci, gna to życie jak szalone. Lecę, bo wnusia muszę odebrać. Najlepszego! Odpowiedzi już nie słyszy. Próbuje się przecisnąć przez rozgorączkowany tłum. Znika.

Dopytuję ojca: – a kto to był ta Baśka? – Aaa, to taka jedna. Do szkoły z nią chodziłem. Boże, chyba z 30 lat jej nie widziałem!

Nie widzieli się trzy dekady, a ile ze sobą rozmawiali? Może trzy minuty, może dwie. No i po co to bieganie? Sprawdzę co na to wujek Google. Wstukuję „bieganie to” i okazuje się, że bieganie to między innymi: stan umysłu, zdrowie, wolność. Thanks Google.

Ja też biegam. Najlepsze maratony wychodzą rano. Na początek startuje maraton budzików. Po 10 alarmach wpadam w panikę. Patrzę na zegarek. Wyłączam kolejne 4 alarmy, zwalniam i zaczynam kontemplować: „nie muszę jeść śniadania. Dobra, pojadę późniejszym.” Dzwoni 15. Okej, ostatnia prosta, trzeba przyspieszyć. Łazienka. Szczotkuję zęby i jednocześnie przesuwam kolejne wieszaki w szafie. Wracam przed lustro. Słyszę „chociaż kanapkę byś zjadła.” Zwinnymi ruchami nakładam podkład, puder i voilà. Gotowe. Teraz kuchnia. Kęs kanapki, łyk kawy. Truchtając z przedpokoju do sypialni siłuję się z rajstopami. Szlag! Wyrzucam wszystko z szuflady. Gdzieś muszą być takie bez oczka. Mam! Jeszcze tylko dwa muśnięcia ulubionymi perfumami. Zakluczając drzwi słyszę jak ktoś wchodzi do windy. Biegnę. Zdążyłam. Sąsiadka, miła, zadbana kobieta po 50-tce blokuje drzwi, żeby winda się nie zamknęła. – Usłyszałam, że Pani się spieszy, to czekałam. – Dziękuję. Wymieniamy się delikatnymi uśmiechami. Drzwi się zamykają.

Słyszę: Ja to codziennie biegam do tramwaju, chociaż w tym wieku to już nie wypada biegać. Mój mąż to zawsze powolutku, my nigdy razem nie szliśmy. Ale mąż zmarł rok temu. A ja dalej biegam i biegam.

Warto?