Tam nie da się biegać, tam wszystko zwalnia

Im bliżej obcujemy z naturą, tym bardziej jesteśmy wytrwali, cierpliwi. Z kolei dużo ludzi szuka raczej pomocy “od razu”, i to jeszcze nie w postaci wędki, tylko w postaci ryby. Tę wytrwałość można bardzo fajnie porównać do życia grzybów.

Zacznijmy od początku. Mam 26 lat, mieszkam w Krakowie, pochodzę z Mazur… Zaraz, zaraz, co? Wróć! Jeszcze raz: mam 26 lat, mieszkam w Krakowie, pochodzę z Mazur. Tak, wiem, to ponad 500 km drogi. Tak, wiem, tam jest czyste powietrze (powiedzmy ;)), a tutaj smog. I nie, nigdy nie próbowałam żeglować.

Cofnijmy się o 5 lat. Siedzę nad wodą, w środku lasu, gdzieś w okolicach Iławy. Przyjechaliśmy tu w czwórkę. To znaczy ja bardziej dla towarzystwa, choć po latach myślę, że kiepski był ze mnie towarzysz. Siedziałam i patrzyłam przed siebie albo chodziłam brzegiem wody, coraz bardziej się niecierpliwiąc. Minęło dopiero 30 minut.
– Jak tam, Kochanie?
Cisza.
– Kochanie? Jak tam?
Cisza.
I jeszcze kilka minut ciszy.
A potem to ja zapytałam:
– Kochanie, wiesz co? – nie czekając na odpowiedź, dodałam: Nuuuuuuuuuuudzi mi się.
I to by było na tyle. Więcej z tego wyjazdu nie pamiętam.

Minęło 5 lat, wracamy do tego momentu. Nie muszę robić długiego wprowadzenia. Rozmawiam z A. 

M: A pamiętasz jak mi się nudziło, jak byliśmy….

A: No ba…

M: Popatrz, oboje pochodzimy ze wsi. I to, co ja pamiętam: jak w dzieciństwie mieliśmy jechać na jakąś wycieczkę, to jednak bardziej mnie ciągnęło do miasta, a szczególnie do dużego. A las? Też, ale raczej bez efektu ‘wow’. Wydaje mi się, że dopiero z biegiem lat dojrzewa się do odpoczywania w lesie. Chociaż Ty tak chyba miałeś od zawsze?

A: Zawsze byłem takim lokalnym patriotą. Takim drzewem, które się ciężko przesadza, które jest bardzo związane z miejscem, z otoczeniem. U mnie w rodzinie najbardziej to widać po dziadku. Dziadek jest taki właśnie “nie do przesadzenia”. Ja zawsze sobie ceniłem kontakt z naturą, bliskość natury. Myślę, że tutaj dużą rolę odegrali rodzice.

M: Wśród znajomych chyba nie miałeś za wiele osób, które podzielały Twoją pasję do natury?

A: Raczej nie. Jeździłem z rodzicami, później sam. Nawet wolałem sam, bo zaczynałem doceniać inne walory takich wyjazdów. Przede wszystkim kolory. Liście potrafią robić świetne zjawiska wizualne w połączeniu ze słońcem, szczególnie gdy jest ono bliżej zachodu. Już od dawna lubiłem sam się w lesie poruszać. Nie na zasadzie “klapki na oczach i od grzyba do grzyba”, ale często się zatrzymywałem i obserwowałem otoczenie, widziałem ciekawe miejsca, które pozwalały na zadumę.

M: Idealna ucieczka przed rzeczywistością?

A: Na pewno “zatrzymanie się”. Już będąc nastolatkiem, to doceniałem. Żyjemy jak żyjemy; w dużym pędzie, w dużym stresie i brakuje tych momentów, żeby się zatrzymać i docenić piękno tego, co jest dookoła nas. A las ma w sobie coś takiego, że zwalnia człowieka. Nie da się w lesie biegać. Las zdecydowanie potrafi przyciągać wizualnie tym, co oferuje. Drzewa, krzewy, runo leśne, grzyby. To wszystko pomaga w zadumie, kontemplacji.

No i jeszcze ta jego fascynacja detalem, niechby drugorzędnym, niechby mało istotnym. Można odnieść wrażenie, że do jego pamięci klei się wszystko: zapach wiatru, kolor trawy, faktura kamienia, biały apulijski kurz. Jak gdyby wierzył, że w tych właśnie drobiazgach postrzegana rzeczywistość zapisuje się w sposób szczególnie znaczący. Jest w tym niedzisiejszym przekonaniu nie tylko zachwyt dla różnych form świata widzialnego, nie tylko świadomość, że świat detalu buduje dobrą opowieść, ale może i coś więcej: jakiś anachroniczny szacunek do życia, dla każdego, nawet najmniej znaczącego jego przejawu.

*Dariusz Czaja, Gdzieś dalej, gdzie indziej*

M: Czasami jedziesz godzinę czy dłużej na grzybobranie i nie znajdujesz nic albo tylko trochę. Nie szkoda Ci czasu?

A: Zdarzało się, że zrobiłem 15 kilometrów i nie znalazłem nic. Ale to jest też, a raczej przede wszystkim, czas, który spędzam sam ze sobą, który spędzam dobrze, odpoczywając, łapiąc oddech, podejmując ważne decyzje życiowe. Pamiętam, miałem takie jedno miejsce w mojej rodzinnej miejscowości. Wiadukt kolejowy, a w zasadzie pozostałości po nim. W środku lasu, tuż nad rzeką. Często się tam zatrzymywałem. Szukałem odpowiedzi, sam ze sobą dużo rozmawiałem, nie spiesząc się. Odpowiedzi nie przychodziły od razu. Czasami kilka dni z rzędu kontemplowałem w takim miejscu. Z perspektywy czasu coraz wyraźniej dostrzegam, że warto było zadawać sobie te pytania i czekać, aż te rozwiązania w głowie się pojawią.

M: Myślę, że im bliżej obcujemy z naturą, tym bardziej wytrwali jesteśmy, cierpliwi. Z kolei dużo ludzi szuka raczej pomocy “od razu”, i to jeszcze nie w postaci wędki, tylko w postaci ryby.

A: Tę wytrwałość można bardzo fajnie porównać do życia grzybów. My zazwyczaj chcemy szybkich rozwiązań, tu i teraz, żeby biec dalej. A jak się zachowuje świat przyrody w obliczu trudnych sytuacji, chociażby w przypadku suszy? Susza może utrzymywać się nawet przez kilka tygodni, a grzyby cały czas w ziemi, w postaci uśpionej grzybni, potrafią przetrwać. I w momencie, kiedy przychodzą odpowiednie warunki, odpowiednia wilgotność, odpowiednia temperatura, zaczynają rosnąć i czerpać z otoczenia ile wlezie. To jak najbardziej można porównać do naszego życia. Czasami po prostu musimy przetrwać trudny moment, nie szukać szybkich rozwiązań, bo one są często niedobre, nieskuteczne. Po pewnym czasie zaczniemy zbierać efekty tej naszej wytrwałości i rozsądnie podejmowanych decyzji.

M: Nie było Ci trudno przenieść się do miasta? Z takich bardziej lesistych, mazurskich terenów.

previous arrow
next arrow
Slider

A: Pewnie, że było. W początkowych miesiącach czułem jakby dużą pustkę. Brakowało mi tego, co tam miałem na co dzień. Tam wystarczyło, że wyszedłem, zrobiłem pieszo dwa kilometry i byłem gdzieś, gdzie nie było ludzi. Nie mówiąc o tym, że wsiadając do samochodu i robiąc raptem kilka kilometrów, byłem w lesie, w totalnej ciszy, totalnym spokoju. Tutaj na początku bardzo mi tego brakowało. Tym bardziej przez wir obowiązków.


Do miasta przeniosłam się, kiedy miałam 16 lat. Pamiętam, że jeszcze w liceum, odwiedzając rodzinę, najdziwniejsza była dla mnie cisza. Totalna cisza, która wierciła mi w głowie. O 22:00 światła gasły, a ja włączałam muzykę, żeby móc jakoś zasnąć. I choć w okresie dzieciństwa lasy i ogólnie dobrodziejstwa natury miałam na wyciągnięcie ręki, mam wrażenie, że nie wycisnęłam z nich tyle, ile mogłam. Myśląc o tym, przypominam sobie pewien fragment z Muminków.

Nigdy im się tak dobrze nie przypatrywałem, rozumiesz. Po prostu byli… – Szukał słów, a potem mówił dalej, jakby na próbę: – Oni byli czymś, co zawsze jest, jeżeli rozumiesz, co chcę powiedzieć…

No właśnie. Były lasy, były jeziora, były te wszystkie zakątki, w których można złapać oddech. Po prostu były. Teraz też są, tylko bardziej świadomie.