Dwie minutki

Ostatnio przerzuciłam się na tramwaje. Mróz i lód na drogach, chodnikach wymusił na mnie porzucenie dwóch kółek na czas zimy. Jak to w tramwaju, jeździłam zawsze w słuchawkach wpatrzona w okno, za którym ktoś studiował gazetę na przystanku, ktoś dopalał papierosa, Pan w średnim wieku dostarczał towary do spożywczaka zagradzając samochodem całość chodnika. Inny ktoś denerwował się bo nie mógł przejść chodnikiem i na głos wyzywał kierowcę i dostawcę towaru. Tym razem było inaczej. Schowałam w kieszeń telefon i słuchawki żeby być obecnym, tu i teraz, w tramwaju.  

Nic wielkiego się nie działo. Tramwaj jechał smutnymi, milczącymi ludźmi w maseczkach. Zawsze tak było, choć kiedyś nie mieli maseczek. Nie lubię tramwajów. Jeżdżą w nich smutni i poważni ludzie. Z natury tacy nie są, ale w tramwajach przybierają miny, w których żaden z kącików ust nie unosi się w górę. Ktoś patrzy w okno, ktoś w telefon, ktoś w podłogę. Wszyscy jakby uciekają wzrokiem. Ciężko kogoś złapać, oko w oko i spojrzeć mu w oczy. A to ciekawe co w tych oczach się kryje.

Spojrzenie oko w oko, to trochę jak złamanie społecznego dystansu, dwóch metrów. Niezręczne dla obu stron. 

Z tych myśli wyrywa mnie głos, starszy, miły “przepraszam, ten tramwaj zatrzymuje się za zakrętem czy przed nim?” – pyta starsza Pani.

Z uśmiechem odpowiadam “za nim, ale jest chwile przed zakrętem przystanek i tam może też Pani wysiąść, to niedaleko jakieś 2 minutki na piechotę”, Pani spogląda na mnie i mówi “dwie minutki dla Pani to niedaleko, ale w pewnym wieku dwie minutki to już za daleko”.

Unoszę kącik ust, delikatnie dając do zrozumienia, że rozumiem, jednocześnie myśląc, że nie chciałabym żeby kiedykolwiek dla mnie dwie minutki to było za daleko i wracam do analizowania braku spojrzeń między smutnymi ludźmi w maseczkach.