Autostopem przez Bałkany, myślami w głąb siebie

6 krajów, 31 dni, 56 kierowców, ponad 3500 kilometrów przejechanych autostopem. Można mówić, że świat jest zły, ludzie są źli. Można też uśmiechnąć się, wyciągnąć kciuka i rozpocząć przygodę życia.

To była Twoja pierwsza podróż autostopem?
Pierwsza tak długa.

Długo o tym myślałaś?
Tak, to było od dawna moim wielkim marzeniem.

A co Cię blokowało, żeby wyruszyć?
Stopniowo nabierałam odwagi. Wcześniej wybrałam się autostopem do Chorwacji. To były niecałe dwa tygodnie, mój pierwszy autostop poza Polskę.

Jakie kraje odwiedziłaś?
Zaczęliśmy od Serbii, potem Bośnia i Hercegowina, Chorwacja, Czarnogóra, Albania a na koniec Macedonia.

Czyli nie sama…
Nie, aż takiej odwagi nie mam [śmiech]. Na pewno wtedy nie miałam, żeby w ogóle myśleć o takiej formie podróżowania – solo. Zaczęłam szukać kompana na grupie autostopowej. Mój znajomy z rodzinnego miasta, z Zamościa, zobaczył to ogłoszenie i się do mnie odezwał. Wiedziałam, że to jest najlepszy możliwy człowiek, bo się już znamy. Czułam, że to będzie dobry pomysł.

Mieliście listę miejsc do odwiedzenia czy był to raczej spontan?
Festiwal Trębaczy w Serbii, w Guczy. To była jedyna pewna rzecz w tej wyprawie [śmiech]. A potem to już szło, bez żadnego konkretnego planu. Mniej więcej znaliśmy kierunki, ale też często je zmienialiśmy pod wpływem ludzi, których spotykaliśmy na drodze.

Dlaczego akurat ten festiwal?
Bardzo lubię muzykę bałkańską. Poza tym to jest chyba najlepszy sposób, żeby poznać kulturę danego kraju. Wiesz, mieliśmy szczęście, bo akurat w 2017 roku grał tam Goran Bregović, jako gwiazda główna. Jego koncert… To było doprawdy niezwykłe patrzeć, jak ci wszyscy ludzie to przeżywają. Nigdy nie widziałam, żeby taka masa tak się wzruszyła na koncercie. Oni wręcz żyli tą muzyką. Byli tam prawie sami Serbowie. Widać było jak świetnie się bawią, jak świętują, jaką mają niesamowitą energię. Mam wrażenie, że ten festiwal jest bardzo popularny w gronie polskich autostopowiczów. To taki trochę jarmark, a przy tym dużo muzyki na żywo. I to nie tylko w jednym miejscu, na jednej scenie. Zespoły chodzą po knajpach, grają na ulicach. Wiesz, to jest klimat.

A propos. Jak to było z klimatem do autostopowania w poszczególnych krajach? Dostrzegłaś jakieś szczególne różnice w podejściu do autostopowiczów?
Nie miałam takich odczuć. Tak sobie myślę: dlaczego? Może właśnie przez to, że Bałkany, to region ze wspólną historią, kulturą. Przez długi czas to było jedno wielkie państwo. Może dlatego różnice nie były widoczne. Raczej każdy był przyjaźnie do nas nastawiony, chętnie nawiązywał kontakt.

Myślę, że głównie ze względu na tę wspólnotę Bałkany to popularny kierunek dla wielu autostopowiczów. I jest tanio, i jest miło, ciepło i pięknie [śmiech]. I wszystko jest w sumie blisko siebie. Ludzie są tam niezwykle otwarci. I też przez to, że ten język jest troszeczkę podobny do naszego, to jakoś stosunkowo łatwo nawiązać kontakt. Trochę na migi, trochę po polsku, po rosyjsku, mieszając języki. To jest świetne, że tak naprawdę da się dogadać z każdym, tylko trzeba po prostu chcieć, przejmować inicjatywę. Wiele się też nadrabia gestami. Myślę, że to jest coś takiego… uniwersalnego? Można gestami naprawdę dużo powiedzieć.

previous arrow
next arrow
Slider

zdjęcia: Alicja Jędrzejewska

Muszę tutaj wspomnieć o jednej historii. To było w Sarajewie. Poznaliśmy mężczyznę, który zaoferował nam wynajęcie pokoju u siebie. Zatrzymaliśmy się w tym mieście na dłużej, bo bardzo nas urzekło. Ma w sobie wiele egzotyki. Widać tam “styk” różnych kultur, religii, co jest niesamowite. A wracając – mężczyzna miał na imię Zizi. Pamiętam, że pewnego dnia powiedzieliśmy mu, że planujemy pozwiedzać Sarajewo w kontekście wojennym, przejść się wzdłuż Alei Snajperów. Bardzo się tym przejął. Powiedział, że z chęcią pójdzie z nami, pokaże nam swoją perspektywę. Problem był taki, że on nie mówił po angielsku, a my ani po bośniacku, ani po serbsku. Rozumieliśmy może jedną czwartą tego, co mówił, ale mimo tego – było to niezwykłe doświadczenie podążać za nim. Pokazywał nam różne, powojenne ślady na budynkach, czy ślady od kul na kamiennych chodnikach. Zabrał nas też na wycieczkę po straganach w centrum miasta. Pokazywał swoich znajomych, czym teraz się zajmują. Zatrzymał się na przykład przy jednej pani, mającej swój stragan. Nosiła perukę – a to wszystko przez stres. Zbyt duży stres wywołany wojną, stratą bliskich. Z zewnątrz była miłą, uśmiechniętą kobietą. Nigdy nie przypuszczałabym, że przeżyła coś takiego. To oprowadzanie jego oczami było dla mnie bardzo wymowne.

A gdybyś miała wskazać miejsce, które zrobiło na Tobie największe wrażenie?
Wybrzeże w Czarnogórze. Po prostu. Trafiliśmy tam całkiem przypadkiem. Szukaliśmy jakiegoś miejsca do spania, łapaliśmy stopa i zabraliśmy się z gościem, który jechał na jakąś imprezę na plaży. Wywiózł nas w takie miejsce przypominające plażę hipisów. Były tam własnoręcznie robione domki; bale, płachty, ten klimat. To wyglądało tak niesamowicie. W większości te domki, prowizoryczne namioty, były opuszczone. Pamiętam, że dotarliśmy tam akurat kilkanaście minut przed zachodem słońca. To było tak niesamowite. Niebo było takie różowe, tak intensywne. Czegoś takiego nigdy nie widziałam. To była, można powiedzieć,  idea autostopa sama w sobie. Tylko stać, patrzeć i wsłuchiwać się w dźwięki…

… i też w siebie. Czego się o sobie dowiedziałaś dzięki tej podróży?
Sam fakt, że zrealizowałam ten pomysł, mimo że się bałam – to dało mi takie przekonanie, że jak chcę, to działam. Mimo strachu. Teraz jak tak sobie myślę, to nie jest to trudne “spakować się i ruszać”, ale wtedy to było dla mnie wyzwanie. Wiadomo, miałam obawy, ale potem ten lęk przeszedł w radość, fascynację. Tak naprawdę dawaliśmy się całkowicie ponieść temu, co się przytrafiało w danym momencie. I to było fajne.

Co ten wyjazd w Tobie zakorzenił?
Przede wszystkim jeszcze większą chęć do podróży, do “doświadczania więcej”. Na pewno zwiększył ciekawość świata i umocnił przekonanie, że mogę dać sobie radę w różnych warunkach. I też pokazał, że świat jest tak naprawdę pełen dobrych ludzi [śmiech]. Można mówić, że świat jest zły, ludzie są źli i tak dalej, a tak naprawdę czasem wystarczy uśmiech, wyciągnięcie kciuka i “witaj przygodo”.

Jak przekonałabyś osoby rozważające podróż autostopem?
To jest trudne pytanie. Każdy ma jakieś swoje powody, dla których chce to zrobić i obawy, które go powstrzymują. Poleciłabym zacząć od jakiegoś krótkiego dystansu, żeby zobaczyć czy taka forma podróżowania w ogóle nam odpowiada; że się czeka, że się czegoś nie wie. Wsiadając do samochodu nie jesteśmy takimi typowymi pasażerami. Fajnie jest opowiedzieć coś o sobie, sprawić, że dwie strony miło spędzają wspólną podróż.

Jak myślisz: czego nie może zabraknąć osobie, podróżującej autostopem?
Chyba takiej otwartości na świat, po prostu. To jest bardzo ogólnikowe, ale jednocześnie najważniejsze. No i odwagi do działania, pomimo strachu. Bo to naturalne, że ktoś się może obawiać. Przyda się też pewnie rozważność. Aha, jeszcze optymizm, bo dużo się załatwia uśmiechem. Dzięki uśmiechowi można jakoś “więcej” w rozmowie przekazać.

A pewność siebie?
Tak naprawdę to można ją trochę podzielić, jak się z kimś podróżuje [śmiech].

Szukasz kompana do kolejnej podróży?
Następnym razem chciałabym wybrać się sama. To całkiem inna forma podróży – zdać się na samego siebie. Jeszcze bardziej ma się wtedy kontakt ze swoimi słabościami no i mocnymi stronami.

I odchodzi to poczucie, że ktoś zawsze poda Ci rękę.
Tak, to taka “zielona szkoła”, wymagająca dużo mobilizacji.

A ogólnie – czym dla Ciebie jest podróżowanie?
To najlepszy sposób, żeby poznać świat i siebie zarazem. Podróżowanie wyostrza nasze zmysły, jesteśmy bardziej uważni, więcej dostrzegamy. Osobiście mam tak, że podczas podróży zwracam uwagę na wiele detali, czego w codzienności raczej mi brakuje. To dla mnie taka możliwość zatrzymania się.