Nastawienie

Wyjeżdżam z Polski. U nas późna jesień. Tam późne lato. Dwa tygodnie przed wylotem niewiele wiem o kulturze, do której zmierzam. Dobrze mi z tym. Nie lubię tworzyć niepotrzebnych skojarzeń, nastawiać się. Innym jak zawsze to przeszkadza. Przecież nie wiem jak się ubierać, zachowywać, co zobaczyć. Nic nie wiem. Słyszę “Poczytaj”, “Jakbyś poczytała to byś wiedziała”. 

Biorę głęboki oddech, telefon w rękę i zaczynam czytać. “Unikaj kontaktu wzrokowego z mężczyznami, dla nich to sygnał, że czegoś chcesz”, “Opalanie na plaży? Zapomnij”.Serce bije mocniej. Gdzie ja jadę? “Ubieraj się skromnie. Nie noś prześwitujących bluzek, ani spodni. Spodenki mogą być, ale za kolano”. Otwieram szafę. Patrzę. Cholera, nic się nie nadaje. W świecie, w którym żyję nie mierzą długości spodenek, sukienek, głębokości dekoltu. Nie każą mi chodzić w określonych kolorach. 

Mój umysł z automatu dopisuje całą relację podróży. Chodź ona się jeszcze nie wydarzyła. Tuż przed wylotem rozmawiam z ludźmi o wyjeździe. “Mój znajomy jak był ze swoją narzeczoną, tylko na moment spuścił z niej wzrok, a oni już ją zaciągali w ciemny zaułek”. “Na ulicach to normalne, że podchodzą do Ciebie faceci i klepią Cię po tyłku”. Cóż, coraz bardziej czuję, że to będzie dobry wyjazd. 

Wsiadam w samolot. Lecimy. Jakoś będzie. W kindlu wciągające “Anioły i demony” Dana Browna. Pięć godzin mija szybko. Wysiadamy. Dwie godziny w ogromnej kolejce, znów z Brownem. W końcu wychodzimy z lotniska. Wciąż myślę, co to będzie. Unikam kontaktu wzrokowego. Mam zakryte całe ciało. Nie uśmiecham się do nieznajomych, chodź zawsze to robię. Trzymam się mojego towarzysza. Chyba wpasowałam się w zasady. Przynajmniej te, o których mówił internet i inni.  

Idziemy do miasta. Marokański krajobraz zapiera dech. Góry górujące nad gorącym Marrakeszem. Cudo. Dochodzimy do przystanku. Nie mam chusty na włosach. Ściągnęłam sweter. Czekamy. Kobiety obok nas całe zakryte. Nagle, jedna zmierza w naszą stronę. Czuję trzy razy szybsze tętno. Myślę “Cholera idzie, dać mi do zrozumienia, że jestem “rozebrana””. Ale nic. Dochodzi i łapie dalej taksówkę. Uff. Przeżyłam.  

Przerażona stwierdzam, że lepiej ubiorę ten sweter. Nadal nie mogę się przemóc do noszenia chusty. Nie chcę być aż tak pokorna. Wsiadamy. Patrzę raz w okno, raz w podłogę. Nie uśmiecham się. Kiedy tylko próbuję patrzeć na innych w autobusie mam wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią. Cholera. Coraz poważniej myślę o chuście na głowie.  

Wreszcie dojeżdżamy do Imlil. Tam łapie nas koleś w habicie. Przemiły facet. I strasznie upierdliwy. Pierwszy raz czuję się dość swobodnie. Bez przyspieszonego tętna mogę poczuć trochę wolności. Odejść na trzy kroki od mojego towarzysza. Odkładam pomysł zakładania chusty na później. Na ulicach prawie wcale nie widzę kobiet. Po zdobyciu Tubkalu, jedziemy nad morze. O opalaniu nawet nie myślę. Chodź plaże są piękne. Obserwuję ludzi. Kobiety. Relacje. Miejsca. Nie widzę nic strasznego. Podejrzanego.  

Wracam do domu. Znów biorę głęboki wdech. Parzę swoją ulubioną czarną herbatę. Wrzucam cytrynę. Słodzę łyżeczkę. A umysł podrzuca mi jedną myśl. Nastawienie zmienia wszystko. Tylko nie może być zależne od opinii innych ludzi. Maroko, cudowny kraj, najlepsi na świecie sprzedawcy, którzy wcisną Ci każdy rodzaj herbaty. Nadmiar spokoju, który daje Ci ciągłe picie herbaty miętowej. Kobiety, odważne i uśmiechnięte. Żyjące normalnie tylko w innych niż my strojach. Żadnych seksistowskich scen na ulicach, bez klepania po tyłku. To dobry kraj, dobrzy ludzie. 

Nastawienia nie warto opierać o opinie i relacje innych. Bo każda historia jest subiektywna. Po prostu.